Nefrolodzy - Od zera cz.1

lekarze specjaliści > Nefrolodzy > Nefrolodzy - Od zera cz.1

Specjaliści Radzą

Nefrolodzy - Od zera cz.1

Cud w medycynie. Historie pacjentów
Fragment rozdziału Od zera

Proszę wziąć do ręki porcelanową figurkę, a potem z całej siły uderzyć nią w kamienną posadzkę. Co mamy? Setki kawałków rozsypane po kątach? Dobrze, teraz proszę pozbierać wszystkie drobiny i zacząć je sklejać. Wiem, bolą oczy i kark od schylania, sztywnieją palce. Na dodatek to, co powstaje, nie przypomina porcelanowej figurki...
Ja kleję do dziś — wszystko, co opowiedziałam do tej pory, zostało przeze mnie pieczołowicie odtworzone. Gdy kilkanaście tygodni po wypadku wybudziłam się ze śpiączki, byłam jak liść mięty, który przed chwilą myłam: bezwolną niemową, która nie wie, kim jest, i nie potrafi myśleć. Jeszcze wiele lat po wypadku przyjaciele podsuwali mi zdjęcia przed nos i dziwili się: „Nie pamiętasz? Byliśmy na wycieczce w górach, wspinałaś się”. Ktoś zapewniał, że przecież jesteśmy od dawna na ty, więc dlaczego zwracam się do niego oficjalnie?
Lekarze zdiagnozowali u mnie połowiczy niedowład jednostronny, to znaczy: mam porażoną lewą stronę ciała, i niedowidzenie połowicze lewostronne, czyli, że widzę od nosa w prawo, w lewo już nie. Chyba dość szybko po wypadku zorientowałam się, że mam trzydzieści trzy lata, a znalazłam się znowu na początku drogi: przede mną nauka chodzenia, mówienia, czytania, pisania — całe życie do odrobienia raz jeszcze.
Co wtedy myślałam? Że szczęście ma te dziewięćdziesiąt dziewięć procent — ci, którzy po stłuczeniu pnia mózgu już się nie wybudzają... Z cofnięciem się do punktu zero nie można się pogodzić: za co? dlaczego? co ze mną będzie? I nie można tego zrozumieć ani zaakceptować. Dużo czasu minęło, zanim przestałam sobie zadawać takie pytania... Większość ludzi w wyniku tak poważnych obrażeń jak moje umiera, a jeśli ktoś przeżywa, staje się całkowicie uzależniony od pomocy innych. Mnie uratował charakter: zawsze byłam krnąbrna i uparta. Postanowiłam, że zrobię wszystko, by nie być rośliną. Nie wiem, skąd się we mnie wzięła ta siła ani skąd ją czerpałam przez następne cztery lata morderczego tworzenia siebie od nowa.
W szpitalu leżałam ponad rok. W tym czasie rozpadł się mój związek sprzed wypadku, co nie stało się bez mojej winy. Było we mnie za dużo żalu i pretensji o to, co się stało, żebym była w stanie dzielić życie z kimkolwiek. W pierwszych miesiącach po wypadku najbardziej pomogła... moja suka — poczciwy kundel o imieniu Johnson. Gdy pojawiałam się w domu na kilka dni, była ze mną cały czas, leżała przy łóżku. Takiego wsparcia potrzeba wtedy najbardziej: by ktoś był. Nie pytał, nie radził, nie płakał — tylko żeby był. Zwierzęta — może dlatego, że nie potrafią mówić? — wiedzą to intuicyjnie. Rany goiły się, a ja zaczęłam uczyć się chodzenia: najpierw z balkonikiem, pod rękę z rehabilitantem, wreszcie byłam zdolna sama stawiać kroki, czepiając się ścian. Uczyłam się swojego ciała na nowo: pokonywać je i dyscyplinować, ćwiczyć mięśnie, panować nad odruchami. Wtedy dowiedziałam się, czym jest przyjmowanie pomocy — umiejętność równie ważna jak „branie spraw w swoje ręce”, które ćwiczyłam od dziecka. Poznawałam na nowo samogłoski i spółgłoski. Łączenie liter w sylaby, wymowę, pisanie prostych wyrazów. Płynnie mówię, prawda? Jestem z tego dumna! Na początku jąkanie było nie do opanowania. Bywało też, że wiedziałam, jakiego wyrazu chcę użyć, ale nie potrafiłam go sobie przypomnieć. Co za męka! Teraz idzie mi to dużo sprawniej, blokad w moim mózgu jest jakby mniej, ale nie mam szans na odtworzenie całej swojej wiedzy sprzed wypadku.
Pewnego dnia siostra zaprowadziła mnie na Rynek Główny w Krakowie. „Jak to się stało, że znalazłam się w Stanach?” — zapytałam ją, rozglądając się bezradnie po odnowionych fasadach kamienic, witrynach eleganckich sklepów i gwarnych kawiarnianych ogródkach. W moim mózgu został bowiem obraz Polski z lat osiemdziesiątych! Lata bezpośrednio przed wypadkiem zatarły się prawie zupełnie. W pamięci zostały tylko najsilniejsze bodźce, na przykład wspomnienie telefonu, który o drugiej w nocy zadzwonił w moim pokoju hotelowym w Atenach, dokąd pojechałam dwa miesiące przed wypadkiem na Europejski Kongres Transplantologii i Dializoterapii. Przeżyliśmy tam trzęsienie ziemi i jeden z uczestników zadzwonił do mnie, krzycząc do słuchawki: „Tu się trzęsie! Zrób coś!”. Nawet pamiętam, co odpowiedziałam: „Nie martw się, zaraz się tym zajmę...”. Wrażenie, że znalazłam się za oceanem, dopada mnie i dzisiaj, gdy wchodzę do apteki albo księgarni. Mój mózg obraz obfitości kojarzy widać z tym, co zobaczyłam ponad dwadzieścia lat temu w Ameryce. Jakbym miała dwa życia: jedno realne i drugie zachowane w mojej nieodtworzonej pamięci. Przywołują je znane, albo zbliżone do znanych, obrazy. Nauka wszystkiego od nowa zajęła mi cztery lata. Jakoś w połowie tej edukacji moja firma (wtedy była to już amerykańska korporacja Johnson&Johnson, która przejęła majątek Janssen-Cilag) zaprosiła mnie na zjazd Polskiego Towarzystwa Nefrologicznego do Poznania. Po raz pierwszy od wypadku spotkałam lekarzy, z którymi współpracowałam jako przedstawiciel medyczny. Wtedy jeszcze kiepsko mówiłam i chodziłam, ale każdy był mnie ciekaw: chciał podejść, dotknąć, porozmawiać. Stałam się najważniejszą osobą na tym spotkaniu! Dość niespodziewanie pojawiła się wówczas propozycja, która ostatecznie przywróciła mnie życiu. „Będziesz najlepszą osobą do tworzenia prywatnych stacji dializ” — usłyszałam od swojego przyszłego szefa. To był koniec lat dziewięćdziesiątych, w ramach reformy służby zdrowia przeprowadzonej przez rząd Jerzego Buzka zaczęły powstawać Kasy Chorych i stała się możliwa prywatna działalność lecznicza.
Może przypomnę, że w tamtym czasie wielu pacjentów chorych na nerki umierało przedwcześnie tylko dlatego, że nie mogli być dializowani z powodu niedostatecznej liczby stacji dializ. Do dzisiaj dostaję dreszczy, gdy słyszę słowo „kwalifikacja”. Lekarze, mając ograniczone możliwości dializowania chorych, musieli bowiem wybierać pacjentów do leczenia nerkozastępczego. Kto jest jeszcze młody, kto ma rodzinę, kto rokuje...

Cud w Medycynie Historie Pacjentów

 

Polityka prywatności i polityka wykorzystania plików "cookies":

Drogi Użytkowniku, Telewolt sp. z o.o. jest administratorem danych osobowych i na podstawie uzasadnionego interesu przetwarza na tej stronie pliki cookies niezbędne do funkcjonowania strony internetowej oraz do celów analitycznych. Więcej informacji można znaleźć na stronie tutaj.

 

medserwis.pl Telewolt Sp. z o.o. 00-671 W-wa, ul. Koszykowa 70 lok.2, tel.: 601 410 411, e-mail: medserwis@medserwis.pl